Czasem największe przygody zaczynają się od sprzątania. A przynajmniej od jego pozorowania. W zeszłą sobotę mama poprosiła mnie, żebym w końcu ogarnął strych. „Albo wyniesiesz te graty, albo ja to zrobię” – powiedziała, a w jej głosie brzmiało złowieszcze tero. Więc poszedłem. Kurz, pudła, zapach starego drewna. I wśród tych wszystkich pamiątek, pod stosem szkolnych zeszytów, znalazłem starego laptopa taty. Model tak gruby, że mógłby służyć za drzwi.
Na chwilę odszedłem od misji sprzątania. Podłączyłem go do prądu. Zaskomlał, zahuczał, ale się uruchomił. System był tak stary, że aż egzotyczny. Zacząłem przeglądać foldery, jak archeolog. Zdjęcia, dokumenty. Aż trafiłem na zapisaną kartkę w Notatniku. Hasła. Cała lista. Do różnych, dawno nieistniejących stron. Tata zawsze miał taki zwyczaj – wszystko zapisywał. Wśród tych haseł, obok konta do banku i forum motoryzacyjnego, było coś, co zwróciło moją uwagę. Login i hasło do jakiegoś kasyna online. Nazwa była obco brzmiąca. Obok, w nawiasie, tata dopisał odręcznie: „sprawdzone”.
Siedziałem tam na strychu, wśród kurzu, i czułem dziwną mieszankę nostalgii i ciekawości. Tata nie żyje od pięciu lat. Był rozsądnym człowiekiem, księgowym. Co on robił w kasynie online? To nie pasowało do jego wizerunku. Może to był jakiś jednorazowy epizod? Incydent? Postanowiłem to sprawdzić. Czysto z ciekawości historycznej. Jak detektyw badający sekret życia swojego ojca.
Wpisałem nazwę strony do przeglądarki w moim telefonie. Strona wciąż istniała. Wyglądała nowocześnie. Na samym dole widniały jakieś licencje, loga. Nagle, zupełnie niespodziewanie, w mojej głowie pojawiło się pytanie, które w innych okolicznościach by mnie nie tknęło: https://hitmo-studio.com/ kasyno vavada czy jest legalne? To nie była obawa, a raczej techniczna ciekawość. Skoro tata tu wchodził, to pewnie wiedział, co robi. Ale ja musiałem się upewnić. To był mój wewnętrzny głos, który odziedziczyłem po nim – głos ostrożności.
Przescrollowałem na dół, przeczytałem o licencji Curacao. Poczytałem trochę forów. Wyglądało na to, że działa legalnie w ramach międzynarodowych przepisów. To uspokoiło mojego wewnętrznego księgowego. Czułem, jakbym wykonywał jakiś rytuał w imieniu taty. Sprawdzam za ciebie, tato. Wszystko jest w porządku.
Wpisałem jego login i hasło z kartki. System chwilę pomyślał, a potem… wpuścił mnie. Serce zabiło mi szybciej. To było jak wejście do jego cyfrowej szuflady. Na koncie było saldo: zero. Ale była historia transakcji. Przewijałem ją. Było kilka wpłat, kilkanaście małych wypłat. I jedna, duża, trzy lata temu. Kwota: 5000 złotych. Data tydzień przed moimi urodzinami, na które dostałem od niego nowy laptop.
Stanąłem w miejscu. Kurz wirował w promieniu słońca wpadającym przez lukarnę. Pamiętałem ten prezent. Tata powiedział wtedy, że dostał premię w pracy. Uwierzyłem. A tu, w historii konta, była prawda. To nie była premia. To była wygrana. Wygrał, żeby kupić mi laptopa.
Łzy napłynęły mi do oczu. Nie z powodu hazardu. Z powodu tego gestu. Z tego, że zrobił coś kompletnie nie w swoim stylu, żeby sprawić mi przyjemność. Że miał tajemnicę. Że był człowiekiem, a nie tylko moim ojcem-księgowym.
Postanowiłem, w sposób kompletnie nielogiczny, że zagram. Tylko raz. Dla niego. Żeby symbolicznie zamknąć tę historię. Wpłaciłem z własnych sto złotych, dokładnie tyle, ile wydałbym na kwiaty na grób. Tyle że to miało być kwiaty rzucone w wir jego wspomnienia.
Wybrałem automat o tematyce przygodowej, o odkrywcach. Tata kochał stare filmy przygodowe. Postawiłem minimalną stawkę. Pierwsze spiny – nic. Kolejne – nic. Myślałem, że to koniec, że po prostu stracę te sto złotych jako symboliczny gest. I wtedy, przy spinie, który już miałem za ostatni, pojawiły się trzy symbole kompasu. Dźwięk fanfar. Gra przeniosła mnie na mapę skarbów.
Nie czułem ekscytacji. Czułem skupienie. Jakbym wykonywał zadanie. Wybierałem punkty na mapie. Trafiałem na małe wygrane. Aż trafiłem na zatokę z zakopaną skrzynią. Mnożnik x50. Na ekranie pojawiła się kwota 1500 złotych. Potem, w następnym ruchu, kolejny mnożnik. Saldo skoczyło na 3700 zł.
Nie krzyknąłem. Uśmiechnąłem się. Czułem, jakby ktoś poklepał mnie po ramieniu. To było absurdalne. Jakby tata, zza tej cyfrowej kurtyny, mówił: „Sprawdziłeś dla mnie, czy wszystko legalne? No to teraz masz. Na swoje urodziny, spóźnione”.
Wypłata przebiegła bez problemu. Złożyłem wniosek, pieniądze przyszły następnego dnia. Ale najważniejsze nie były pieniądze. Najważniejszy był ciąg dalszy tej historii. Zabrałem mamę na obiad. Do drogiej restauracji, na którą zawsze narzekała, że za droga. Kiedy zapytała, z jakiej okazji, wyjąłem telefon i pokazałem jej zdjęcie starej kartki z hasłami. Opowiedziałem jej wszystko. O laptopie, o historii transakcji, o mojej głupiej grze.
Siedziała w milczeniu, patrząc na zdjęcie. Potem jej oczy zwilgotniały. „Wiedziałam, że coś kombinował” – powiedziała cicho. „Wtedy, przed twoimi urodzinami, był taki dziwnie roztrzęsiony. Pytałam, czy wszystko okej w pracy. Mówił, że tak, że tylko dużo roboty”. Uśmiechnęła się przez łzy. „Ten głuptas. Mógł po prostu kupić tańszy model”.
Na koniec obiadu, gdy kelner przyniósł rachunek, mama spojrzała na mnie. „A teraz ty mi obiecaj jedno” – powiedziała. „Że nie będziesz mi teraz co roku kupował drogich prezentów z wygranych z kasyna”. Roześmialiśmy się. Obiecałem.
Pieniądze wydałem na kurs programowania, o którym od dawna myślałem. Na laptopie od taty. Ilekroć mam wątpliwości, czy dam radę, przypominam sobie tę historię. O tym, jak sprzątanie strychu, stary laptop i proste, techniczne pytanie – kasyno vavada czy jest legalne – doprowadziły mnie do najcenniejszej wygranej: do zrozumienia mojego ojca na nowo. Nie jako świętego. Jako człowieka. Czasem tajemnicę rodziny odkrywa się przypadkiem. Czasem podszeptuje ją kurz na starym strychu. A czasem, zupełnie niespodziewanie, ta tajemnica wręcza ci prezent. Pięć lat po fakcie.